księga gosci




2007
styczeń
2006
sierpień
lipiec
maj
kwiecień
luty
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2003
październik
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2002
grudzień
listopad

Jesteś znów - Julian Tuwim
Jesteś znowu! Mój Boże! Jak mi serce bije! Jak mi sie wzrok owiośnił! Jak świat rozradował! Tylem nocy Cię w snach, nazbyt krótkich, całował! Tylem dni dzień ten tęsknił, co przyszedł i żyje! I jest! O teraz właśnie! Jest ten dzień powrotny, Wypłakany, kochany nowy dzień spotkania. Dzień wszystkiej mej nadziei, całego czekania, Gdym Cię piastował w sercu, stęskniony, samotny! I jakże to wypowiem? I jakiemu słowu Powierzę ową radość, drżącą, niespodzianą, Że obudzę się jutro z duszą rozkochaną, Z uśmiechem szczęścia w ustach: "Jesteś! jesteś znowu!"

Pozdrowienia
Dla człoOowiek'oof Dokładnie, właśnie dla nich.

..:::WejdŹ TaM KoniEcZniE:::..
..:::nIeNaRoDzOnE:::.. Tutaj po prostu trzeba wejść...
..:::sKaTeShOp:::..
..:::nOkIa:::..
..::rOlKi::..
..:::cZaTeRiA:::..

..:::BloGi ZnAjoMycH:::..
...::mAdA & DiAnA::...
...::dEv::...
...::dOmInIkA::...
...::mAgDa ::...
...::mAdA::...
...::aRbUzEk::...
...::aGa::...
..:::mAcIa:::..
..:::kSeRoKoPiA:::..
..:::kCf 4 ever:::..
..:::mAjKeL:::..
..:::mAnFrE:D:::..
..:::sIoStRa AgA:::..
..:::aŚkA:::..
..:::mAgDa:::..
..:::śWiRkA:::..
..:::sKrEcZ:::..

Quo Vadis?

Do czego zmierza świat? Ludzie? Wiek wieków ludzie walczą o przetrwanie. Po co? Po to żeby żyć? Ale po co oni chcą żyć? Prędzej czy później wszystko się kończy, a życie najszybciej. A może po to żeby twoje potomstwo mogło żyć? Nie martw się, ono też umrze. Mimo przeciwności ludzie żyją i chcą żyć. Po co? Po to żeby w dniu twojej śmierci ktoś za zapłakał? Wspomniał o tobie, kiedy będziesz się rozkładał w grobie wykopanym przez koparkę w kolorze pomarańczowym? Egocentrycznie zmuszasz się do tego by być jak najlepszym i ktoś to zauważył, nie masz tak czasem? Bo ja mam. Samobójców traktują jako ludzi chorych, chorych umysłowo. Zamyka się ich w miejscach gdzie nie będą mogli sobie nic zrobić, a przecież to do nich należy decyzja. I gdzie ta wolność wyboru? Traktowani jako inni, a to nie oni są inni tylko może właśnie ty albo może i większość, bo przecież życie i tak prowadzi do śmierci, czy nie? Człowiek twierdzi, że rozwija się, że jest coraz lepszy, że coraz mądrzejszy, że coraz większe postępy w nauce. A ta nauka czym jest? Samochód, niby udogodnienie, a ile osób przez nie ginie. Kuchenka gazowa może zabić na kilka sposobów. Idąc chodnikiem możesz poślizgnąć się, przewrócić i rozpołowić czaszkę. I to ma być postęp? Bóg stworzył ziemie miękką, żeby sobie krzywdy nie zrobić, a i tak stworzył nas po to żeby przecierpieć życie kończącą się śmiercią. Jaką przyjemność musi mu sprawiać wiadomość, że średnia długości życia się wydłuża i dłużej może patrzeć na to jak cierpisz. Bo to człowiek, człowiekowa uszczęśliwia, żeby pomóc mu potem rozpocząć cierpienie bo Bóg go natchnął. Ambiwalencja nie pozwala zaufać człowiekowi bezgranicznie, a jeśli już zaufasz to szybko się stoczysz, bo czemu zbyt długo masz być szczęśliwy? Chcąc nie chcąc pozbyć się tego musiałem, więc memento mori, a ja znowu oparty o mur głoszący: "Qvo Vadis USA" czekam na szóstkę by zasnąć we własnym łóżku, obudzić się rano i znów przecierpieć dzień następny...
2007-01-04 22:35:57 skomentuj (8)
Praca wzbogaca ?

Godzina 5:30, czwartkowego poranka, wychodzę z domu środkową bramą z zamiarem joggingu. Po nocy nakarmionej bezsennościa czuję się jakbym miał uwieszone kilku gramowe obciążniki na powiekach i nogi jakby ze stali. Zakładam, że dobiegnę do parku południowego w ciszy i spokoju, gdy wybiegam za blok pierwsze z moich założeń upadło. długa kolejka ludzi wije się jak dżdżownica dźgana patykiem przez ludzi. Już kilkadziesiąt osób wierzy w to, że dziś dostaną prace, z zaciekawieniem spoglądam na godzinę otwacia urzędu pracy - 7.00- będą tu stali nieomalże półtora godziny, tak kiedyś za mięsem, tak teraz za pracą. Dobiegam do ronda, zatrzymuje się opieram ciężar ciała dłońmi na kolanach. Nogi drżą niczym mocno napięte struny szarpnięte przez kogoś komu wydaje się, że wykrzesa z nich jakiś dźwięk, drugie założenie "pięknie" zaczętego dnia upadło, z hukiem, więc odpalam papierosa myśląc, że to coś zmieni. Idę dalej, może przynajmniej spacer mi wyjdzie. Paląc, spoglądam na ludzi jadących w tramwaju, gapiących się nieobecnym wzrokiem w szybę, jadących do pracy, nie szanujących swojej pracy, miny mówią same za siebie. Dochodzę do ul. Hallera. Kwaśny, nikotynowy dywanik osiadający na moim języku chętnie bym czymś zapił, z nadzieją szukam wzrokiem sklepu jedyny społem na rogu otwarty od 7.00. Mając godzinę do otwarcia siadam na przystanku autobusowym bo nie mam i tak żadnych innych pilnych zajęć na tą godzine. Poprzez ciężkie powieki spoglądam na ludzi dookoła. 6:10 nie widzę ludzi, widzę mrówki, które uwijają się jak tylko mogą, żeby zdążyć do pracy. Dwie kobiety przebiegają przez ulicę na świetle stopu by zdążyć na autobus. Pierwsza z nich w fiolerowym żakiecie i spódnicy tego samego koloru wyraźnie wybija się entuzjazmem z tłumu, najwyraźniej po kawie z 5 łyżek. Jej koleżanka stara się jej wtórować, ale poprzez swoje niewyspanie, prawie wpada pod nowego passata, w którym siedzi siwy jegomość w garniturze i okularach połówkach na nosie, nerwowo ciskając klakson i wykrzykujący coś sam do siebie, pewnie też spóźniony do pracy. Wszyscy się spieszą, jedni dosyć rozbudzeni, inni idą na automacienie zauważając współprzechodniów. Pracują tylko po to, żeby, ktoś wyżej mógł zrobić coś dla jeszcze kogoś wyżej i żeby ten najwyżej mógł dać jakiś produkt teoretycznie uszczęśliwając konsumenta, który i tak musi pracować, więc bardziej go zasępia myśl o pracy niż uszczęśliwia kupno hermetycznie zapakowanych kabanosów "Krakusa" gdzie tylko w reklamie pracownicy są szczęśliwi. Pracować by uszczęśliwiać? Zegar wskazuje 7.00 zaraz otworzą sklep, gołąb na ulicy wykonuje swoją prace, wyszukuje resztek pożywienia, jednocześnie usczęśliwiając się zdobytym pokarmem. Tir, który wprawia w drgania całą ulice wraz z chodnikiem potrąca śmiertelnie odlatującego w panice gołębia. Jego szczątki pozostają bezceremonialnie tuż przy krawężniku. Nie pracujesz = nie żyjesz...?
2006-08-13 00:40:44 skomentuj (1)
Gdy, nowy wstaje dzieeeEEEeeeEEeeń

Szarą ulicą Kołłątaja, lekko smaganą ciepłym kolorem światła wschodzącego słońca, ide przed siebie. Zasadniczo dokądś, ale sam nie wiem skąd. Pusto, cisza aż kłuje w uszy, aż trudno uwierzyć, że za dnia trzeba tutaj mocno zszargać struny głosowe, żeby cokolwiek powiedzieć. Powieki bezwarunkowo zachodzą na oczy, w ustach piach, a w gardle jakby drzazgi. Po kolejnej nie przespanej nocy, powinno być lepiej. Po długiej rozmowie z Weroniką i paru piwach, powinno być lepiej. Mimo to wciąż ją widze, za każdym razem, za każdą inną, nie potrafie się przestawić. Zegar na wieży neogotyckiego dworca wskazuje 5:45. Dworzec, tutaj miałem iść. Czuje się paskudnie wiedząc, że musze coś znowu odkręcać. Chciałem, żeby było dobrze; wyszło jak zawsze...
2006-07-30 00:44:04 skomentuj (1)
"Czy p. Spider prowadzi jakiś blog ? Teraz czekamy na notkę".

Szum fal, zachód słońca, wiatr, to wszystko wprowadza mnie w stan totalnej nostalgii czy jak kto woli chill'u. Nagle zauważam, mimo tego, że powinienem siedziec na piasku boli mnie dupa. Wyciścnięty z nostalgii, jak resztki pasty do zębów z tubki, rozglądam się i widze zachodzące słońce, a konkretniej latarnie gdzieś za liściami drzew. Szum okazał się szumem, ale drzew na wietrze. Krótko mówiąc siedze na twardej ławce w parku. Lekko podirytowany, wstaje bo, jak mówi mi zegarek na zielonym wyświetlaczu telefonu, jest prawie 23. Wsiad w tramwaj, wczorajsza impreza dała mi sporo do myślenia. Jak na przykład to, że moge liczyć tylko na najbliższych i najbardziej sprawdzonych przyjaciół. Przyszli ci, którzy chcieli naprawde celebrować ze mną to pieprzone wchodzenie w pełnoletność, bądź ci co mieli wolny wieczór, ale na tych na których liczyłem równie bardzo, zawiedli. Może i głupota, ale bywa. Tak samo ta cała miłość, nie można bez niej żyć, ale od czasu do czasu może być syntetyczna jak sok pomarańczowy z biedronki. Z ciągłego braku naturalnego w końcu zajżysz do biedronki i ona ci powie, że o naturalny trzeba walczyć, a u niej masz półtora litra + pół litra gratis za 1,99; taniej i się nie namęczysz. Tyle, że biedronka, czasem kłamie
2006-05-22 00:28:03 skomentuj (11)
Wiosenna depresja?

Kim jestem? Sobą? Niby proste, nie? A jednak. Próbuje być kimś, będąc jednocześnie sobą, podatnym na innych kretynem. Śmiejąc się z innych w celu...bez celu, wyśmiewam własne dopiero co odkryte błędy czy negatywne nawyki. Leniwym gościem chcącym czegośc dokonać, paradoks? Z ambicjami, które zaniecham kiedy napotkam byle przeszkode. Mam przyjaciół, z którymi boje się porozmawiać szczerze. Wciąż udając, że wszystko jest w porządku idę dalej do przodu czekając aż nadarzy się okazja, bo sam - broń Boże - nie wychyle się żeby doprowadzić do jakiejkolwiek sytuacji. Z braku chęci zorganizowania czegokolwiek, co weekend idę na piwo, zamiast zająć się czymś bardziej konstruktywnym, pale te śmierdzące fajki. I tak każdy dzień mija bez owocnie ze skołtunionymi włosami, krzywymi nogami i żółtymi od fajek palcami, tja to cały ja.
2006-04-22 00:46:47 skomentuj (3)

szablon: Ylka dla: Linkup